Witaj. System subrosa rozpoznał cię jako: gość   :: wróć na stronę główną.
Online
Obecnie jest 1 gość i 0 użytkowników online.

Możesz zalogować się lub zarejestrować nowe konto.
poniedziałek, 07 stycznia 2008 - 20:14

Strona gotowa do druku
Aeronautica Imperialis
Operacja Czelendż – dziennik gwiezdny 200801071739

Tym razem wieści z oblężonego miasta nie będzie. Muszą być jakieś zakłócenia na łączach ;)

Dzisiejszy raport będzie należał do tych krótkich. Ubiegły miesiąc nie nastrajał do przesiadywania w kącie nad "głupimi zabawkami". Poza tym, świąteczne rozleniwienie też nie wpływało pozytywnie na postępy w pracach modelarskich (co innego granie :). No i komputer także odgrywa tu niezbyt pozytywną rolę a granie na nim jest o wiele łatwiejsze niż machanie pędzelkiem...

Photobucket


Ale dość o tym. Mimo swego wrodzonego lenistwa udało mi się jednak coś zrobić. Ponieważ udało mi się na nowo rozbudzić moją lotniczą pasję w miniaturze, postanowiłem z tej okazji pomalować coś na szybko i do tego w temacie. Sięgnąłem do moich od roku leżących w mrocznym pudełku Thunderboltów. Szybko je opiłowałem z niewielkich nierówności (z, jak się w trakcie malowania okazało, nie wszystkich) i nadlewek. W porównaniu do wcześniej malowanych orkowych latadeł imperialne maszyny były odlane prawie perfekcyjnie - dziobowa część jednego myśliwca wygląda jak romb :/. Na szczęście nie wygląda to całkiem tragicznie. Po oczyszczeniu wszystkich części skleiłem je klejem cyjanoakrylowym (duża buteleczka, zawartość wyprodukowana w Wlk. Brytanii, producent nieznany). Odczekawszy 24h zaniosłem samoloty do łazienki i poddałem je kąpieli w wodzie z dużym stężeniem płynu do mycia naczyń oraz dokładnemu czyszczeniu zużytą szczoteczką do zębów. Po osuszeniu modeli, co również trwało 24h, udałem się do ogrzewanej części piwnicy w celu nałożenia czarnego podkładu (spray czarny matt, MOTIP). Lakier nakładałem kilkakrotnie cienkimi warstwami - być może o jedną albo dwie za dużo, gdyż wydaje mi się, że dziobowa część chyba ma nieco zalane szczegóły. Ale być może tylko tak mi się wydaje, gdyż broń pokładowa naprawdę jest mikroskopijnie mała.

Gdy modele spokojnie sobie schły w szafce (specjalnie wybrałem taką, która jest najbardziej szczelna tzn. było w niej najmniej kurzu) zastanowiłem się głęboko nad malowaniem moich miniaturowych myśliwców. Po przewertowaniu paru książek wybrałem późny schemat z okresu Bitwy o Anglię tj. górne i boczne powierzchnie pokryte nieregularnymi plamami koloru ciemnozielonego i brązowo-ziemistego a dolne poszycie jasnoszare (odpowiednio: GW Catachan Green, Pactra A67 Polish Khaki 1, VGC Stonewall Gray). Jak się później okazało pomyliłem jednak oznaczenia i barwy są odwrócone (tzn. tam gdzie jest zielony powinien być brązowy i na odwrót). Malowanie zacząłem od poszycia, ponieważ po jego skończeniu modele będą już mogły być osadzone na AIowych podstawkach, co znacząco odbije się na trwałości farby... Po uzyskaniu dość jednolitej szarej powierzchni przygotowałem trochę ciemnoszarej farby. Wymieszałem to z Vallejo Glaze Medium oraz rozcieńczalnikiem Vallejo Thinner. Mogłem już przystąpić do "brudzingu" poszycia. Tak "fachowo" nazywa się proces wpuszczania w linie podziału blach mocno rozcieńczonej farby (o ciemniejszym odcieniu) w celu wyróżnienia zagłębień, postarzenia i urealnienia modelu. Gdy brud wysechł nadałem trochę ładu traktując poszycie suchym pędzlem i bazową, jasnoszarą farbą. Następnie by uwypuklić krawędzie proces ten powtórzyłem z jeszcze jaśniejszym szarym. Gdy skończyłem poszycie mogłem się zabrać za górę. Ponieważ dawno już nie malowałem samolotów dokonałem małego eksperymentu. Na jednej maszynie od razu zaznaczyłem układ plam i stosownie do tego nanosiłem farbę a drugą pomalowałem w całości, tzn. górne i boczne powierzchnie, na zielono, a potem dopiero naniosłem brązowe łaty. Gdy podkład przestał wyzierać spod kamuflażu mogłem upaćkać go czarnym washem, również samodzielnie przygotowanym. Po jego wyschnięciu i naniesieniu dwukolorowego suchego pędzla (w jaśniejszych odcieniach) postąpiłem nieco inaczej niż przy malowaniu dolnych powierzchni. Otóż poszczególne panele lub blachy pomalowałem bazowymi kolorami, przyciemniając nieco środkowe części każdego segmentu.

Po naniesieniu "tapety" przyszła pora na silniki rakietowe oraz łopatki sprężarek silników odrzutowych. Elementy te pomalowałem stalową farbą Gunmetal Metal (VGC) wymieszaną z odrobiną czarnego. Następnie na bardziej eksponowane detale naniosłem odrobinę czystego stalowego rozcieńczonego glazem. Wierzchołki kołpaków (?) sprężarek potraktowałem srebrnym Mithril Silver (chyba, bo to farbka pochodząca z jednego z zestawów figurek do LotR'a sprzedawanych w kioskach). Na stalowo pomalowałem też lufy imponującego arsenału broni pokładowej: sprzężonych dział laserowych oraz dwóch par sprzężonych działek automatycznych). Komplet rur biegnących na górze każdego z silników odrzutowych również potraktowałem stalowym oraz czarnym washem. Złoty Glorious Gold (VGC) po raz kolejny imituje mosiądz łusek amunicji do działek umieszczonej w dwóch bębnach pod nosem każdej z maszyn. Naniosłem ją suchym pędzlem (a właściwie to pędzelkiem ;) i poprawiłem później czarnym washem.

Photobucket


Photobucket


Do zrobienia pozostało jeszcze pomalowanie szyb kabiny, świateł pozycyjnych. Pomalować i przykleić trzeba jeszcze silniki odrzutowe. Osobną sprawą są oznaczenia. Prawdopodobnie naniosę maszynie dowódcy klucza jeden lub dwa pasy szarego, szaro-błękitnego albo soczyście zielonego. Nie wiem jeszcze w którym miejscu to będzie: albo na kadłubie, między kabiną a statecznikiem pionowym, albo na skrzydłach. Muszę też pomyśleć o sposobie rozróżnienia poszczególnych kluczy (będę miał na pewno cztery a być może i sześć Thunderboltów). Myślę, że najlepszym sposobem będzie naklejenie na podstawki niewielkich trójkącików pomalowanych jaskrawymi kolorami i oznaczonymi numerami burtowymi maszyn 39th Fighter Regiment stacjonującego na Tarnowitz III. Mam nadzieję, że wkrótce (o zobaczymy, kiedy Forge World się wyrobi...) dołączy do nich para myśliwców przechwytujących Lightning z dywizjonu VF-111, bazującego na pokładzie lotniskowca uderzeniowego Admiral Carl Vinson.

Żeby nie było, że jednak nic nie robiłem z czelendżowymi figsami: oddział weteranów (a razem z nimi sierżant spadochroniarzy) załapał się na kąpiel w ludwiku i szorowanie. Nałożyłem też na nich czarny podkład. Poza tym skorzystałem z rad Dr. Ibsena, czego efektem są pierwsze dwa zdjęcia. Udało mi się znaleźć punkt, w którym mój cholerny cyfrak łapie odpowiednią ostrość w trybie makro.


Komentarze

ibsen
07-01-2008 - 23:22

Jak mawiał kultowy w pewnych kręgach Ali G "RISTECPA MA MAN"... Wielce szczegółowy a mimo to nie nużący opis zmagania z żywicznym żywiołem Made in Forgeworld. Efekt naprawdę dobry. Zdjęcia też. Szkoda tylko że thunderbolty nie dostały patroszników ;-).

Ardis_deLeveren
07-01-2008 - 23:32

Wow. Pełne zaskoczenie. Efekt - rewelacyjny. Naprawdę kapitalne malowanie. Powinszowania, Bracie. :]

ES
08-01-2008 - 08:50

Toście nieźle pojechali, Panie Bracie... Śliczne maszyny, po prostu śliczne!

Morkai
08-01-2008 - 08:55

Rewelacyjne maszynki Bethor. Rewelacyjne!! :D

Skoti
09-01-2008 - 00:17

Piękny dywizjon 303 się buduje :). Czekam na więcej.

Verbal
10-01-2008 - 21:24

A idź pan w uj z tymi podfruwajkami ... szlaken trafen nie stać mnie teraz na nowy system a ten drażni ... innymi słowy cudnie ;)

brother_bethor
18-01-2008 - 07:31

Jeśli już, to Dywizjon 302 "Poznański" ;)

Dziękuję bardzo za ciepłe słowa. Cieszę się, że modele też Wam się podobają. Wkrótce następne!