Witaj. System subrosa rozpoznał cię jako: gość   :: wróć na stronę główną.
Online
Obecnie jest 2 gości i 0 użytkowników online.

Możesz zalogować się lub zarejestrować nowe konto.
wtorek, 04 września 2007 - 12:24

Strona gotowa do druku
Battlefleet Gothic
- Obawiam się, że muszę odmówić pańskiej prośbie, admirale. - gubernator Belissi uśmiechnął się szeroko i... kpiąco? - W naszym obecnym położeniu, wsparcie pana miałoby bardzo przykre reperkusje dla całej planety. - Belissi odwrócił się od kamery i powiedział coś, czego nie uchwyciły mikrofony.

 Wąsata twarz admirała Forrestera przybrała groźny wyraz.

- Gubernatorze... - wycedził oficer
- Żegnam pana, admirale. - powiedział Belissi, wciąż z uśmiechem - Definitywnie.
- Co...?
- Kapitanie! - dobiegł okrzyk ze stanowiska namiarowego - Odpalono torpedy!

 Stojący obok Forrestera kapitan Vendal Aban odwrócił się gwałtownie ku krzyczącemu oficerowi, gdy za oknem dostrzegł płomienie wylotowe pocisków, oddalające się błyskawicznie od pobliskiej stacji orbitalnej. Oczy Abana rozszerzyły się z przerażenia, ale natychmiast zadziałały odruchy, wykształcone przez lata służby w Marynarce.
- Alarm kolizyjny!! - ryknął i rzucił się ku relingowi, otaczającemu podest widokowy.

 Zdążył go dopaść, chwycić i zaprzeć się nogami w pokład na sekundę, zanim pierwsza torpeda dotarła do celu.

* * *

 Potężny wstrząs wyrzucił Jeridana Wellingtona z koi i grzmotnął nim o ścianę, wyduszając z niego głuche stęknięcie i odbierając dech w płucach. Zaraz potem poczuł uderzenie w plecy, kiedy bezwładnie łupnął o podłogę. Z trudem przewrócił się na brzuch, łapiąc oddech, gdy do jego świadomości przedarło się wycie syren, dochodzące spoza kajuty. Zerwał się z podłogi, wyprostował, z przyzwyczajenia obciągnął mundur i wyszedł na korytarz skąpany w czerwonym świetle. Rozejrzał się i przy wtórze jeszcze głośniej jęczących alarmów ruszył biegiem w kierunku windy.

* * *

 Wpadł na mostek jednocześnie z zespołem sanitariuszy. Zapominając o zwyczajowej dostojności oficerów, przebiegł przez całą salę i zatrzymał się dopiero na podeście widokowym, obok kapitana klęczącego przy nieruchomym Forresterze.

- Co tu się stało, kapitanie? Jaka sytuacja?

 Aban wstał i zasalutował.

- Zostaliśmy ostrzelani przez instalacje orbitalne, komandorze.

 Wellington zmrużył oczy w gniewnym grymasie.

- W pierwszej kolejności, wykorzystując element zaskoczenia, wystrzelili torpedy. - kontynuował Aban - Zaraz potem otworzyli ogień bezpośredni. Obecnie jesteśmy pod ostrzałem jednej baterii lanc drugiej klasy i jednej standardowej platformy artyleryjskiej. Wydałem rozkaz otwarcia ognia i wycofania poza zasięg ich lanc. Nakazałem również start dyżurnych eskadr bombowców.

 Wellington kiwnął głową, aprobując decyzję. Wysyłanie myśliwców nie miało sensu, przy tej odległości nie były w stanie skutecznie przechwycić nadlatujących torped.

- Doskonale, kapitanie. - odparł, patrząc jak sanitariusze Fraternis Hospitalier białym całunem zakrywają ciało Forrestera. Twarz komandora stężała. Nawet nie zdążył zapytać, co stało się admirałowi... Ktoś za to zapłaci. - Co z pozostałymi jednostkami? - spytał, wracając do chwili bieżącej
- Całe pierwsze uderzenie zostało skierowane przeciwko nam; reszta zespołu nie poniosła strat. "Elmeric" i jego bombowce związały przeciwnika walką; eskadra "Vigilant" osłania nasz odwrót, a w ciągu dwudziestu minut będzie tu "Stalwart" i wtedy rozprawimy się z tymi zdrajcami ostatecznie. - pod koniec wypowiedzi, głos dowódcy "Justice Calling" był pełen mściwej satysfakcji
- Doskonale. - Wellington ponownie kiwnął głową. Grupa operacyjna "Thunderhead" miała w swoim składzie znacznie więcej okrętów, i wszystkie znajdowały się w systemie, ale ściąganie ich tutaj było zbędne - zanim którykolwiek zdążyłby dotrzeć na miejsce, byłoby już dawno po walce. Szkoda więc było marnować czas na odrywanie ich od wyznaczonych patroli... Nagle w głowie komandora zaświtała niepokojąca myśl - A jeśli to pułapka? Nie sądzi pan, kapitanie, że sześć platform orbitalnych to trochę mało, żeby pozbyć się trzech krążowników i dwóch fregat? Nie mówiąc już o reszcie naszych sił? Każdy rozsądnie myślący dowódca zauważyłby to, i nie podejmował ataku, nie mając pewności zwycięstwa...

 Aban popatrzył na niego w zdumieniu.

- Myśli pan, że mogli tak doskonale zsynchronizować atak z przybyciem jednostek spoza układu? Bo z całą pewnością nie mają żadnych innych sił ukrytych w systemie, a przynajmniej nie w pozycji do wsparcia obrony planetarnej - gdyby mieli, musielibyśmy wykryć je wcześniej.
- Ma pan rację... - przyznał Wellington po chwili namysłu - Proszę kontynuować. Nie wiem, co tu się dzieje - powiedział, patrząc na planetę za panoramicznym oknem mostka - ale przywrócę tu porządek Imperium! - warknął

 W całym zamieszaniu nikt nie zwracał uwagi na ekran łączności, toteż scena na nim widoczna przeszła zupełnie niezauważona...

* * *

- Żegnam pana, admirale. - powiedział Belissi, wciąż się uśmiechając - Definitywnie.

 Generał Darnetto przechyli głowę na bok i poprawił tkwiącą w uchu słuchawkę. Słuchał płynącego z niej raportu, część uwagi poświęcając jednocześnie obserwowaniu gubernatora. Ten odwrócił się od potężnego wyświetlacza naściennego, pokazującego w danej chwili zaskoczoną twarz admirała Forrestera, i ze spokojem polecił swojemu adiutantowi:
- Otworzyć ogień.

 Słuchając jednym uchem raportu, Darnetto z rosnącym przerażeniem patrzył na Belissiego, który, nieustannie się uśmiechając, odwrócił się z powrotem ku wizerunkowi oficera Marynarki.

- Nie! - krzyknął, kiedy dotarło do niego, co gubernator właśnie zrobił. W kilku krokach dopadł do rządcy planety i chwycił niewysokiego, pulchnego człowieka za fraki - Coś ty zrobił?! Po obrzeżach układu lata ich trzy razy więcej! Właśnie dotarł meldunek z czujników dalekiego zasięgu! - wrzasnął histerycznie, trzęsąc gubernatorem - Ty idioto! To już nie jest kilka zabłąkanych fregat, tylko pełna grupa bojowa! Nie mamy z nimi szans! Najmniejszych! - puścił Belissiego i odwrócił się gwałtownie. Niespodziewanie zaświtał mu w głowie pomysł. Obejrzał się na gubernatora. Była jeszcze jedna szansa... Ci na orbicie zginą, rozniesieni na atomy przez okręty Marynarki Imperialnej, ale tu, na dole, mogli jeszcze ocalić skórę...

- Ty zdrajco! - warknął, wyszarpując z kabury pistolet laserowy. Bez namysłu wycelował i strzelił. Ciało gubernatora zachwiało się do tyłu i bezwładnie padło na dywan.

- Ktokolwiek uważa, że gubernator Belissi nie był zdrajcą, niechaj przemówi natychmiast! - zawołał drżącym głosem i potoczył wzrokiem po wszystkich zebranych. Towarzystwo stało jak sparaliżowane, kobiety odruchowo tuliły się do mężczyzn, jakby szukając u nich ratunku i schronienia... Jeśli nawet ktokolwiek z nich miał odmienną opinię na temat nieboszczyka gubernatora, to - mając na uwadze wyciągnięty pistolet generała - postanowił zachować ją dla siebie.

- Dobrze... - mruknął Darnetto, gdy już nieco ochłonął. Spojrzał na ekran. Nikt nie pomyślał, żeby zerwać łączność na czas zajścia...

* * *

- Trzymać kurs! - warknął kapitan Hertig. "Stalwart" wlatywał właśnie między dwie rebelianckie stacje kosmiczne, wychodząc tym samym na idealną pozycję strzelecką dla swojego burtowego uzbrojenia, i dowódca okrętu nie zamierzał zmarnować tej okazji przez nieprzemyślaną reakcję któregoś z młodszych oficerów. "Stalwart" był naprawdę wspaniałym statkiem, ale załoga nie zdobyła jeszcze niezbędnego doświadczenia.

 Za oknem mostka jedna z orbitalnych wyrzutni torpedowych, które wcześniej wystrzeliły zdradziecką salwę w kierunku "Justice Calling", znalazła się w polu rażenia potężnych lanc krążownika.
- Bakburta, ognia!! - krzyknął Hertig

 Wycelowane już wcześniej w rebeliancką instalację, baterie ciężkich dział strumieniowych ożyły z wizgiem przetworników, który słychać było nawet na mostku. Strugi skoncentrowanego, białego światła z ogromną siłą uderzyły w tarcze osłaniające stację, rozlewając się w pierwszej chwili mleczną barwą po powierzchni pola ochronnego. Nie trwało to jednak długo; generatory osłon standardowej platformy bojowej Imperialnego wzoru nie były w stanie przyjąć takiej energii i po kilkunastu sekundach wysiadły, przeciążone. Strumienie światła przedarły się do właściwej struktury stacji i zaczęły przepalać ją na wylot, wprawiając całą konstrukcję w drżenie. Po chwili cała platforma rozpadła się, przecięta na pół, i rozpoczęła powolny dryf w kierunku planety, ściągana przez jej grawitację. Hertig obejrzał się nagle na prawą burtę, widząc takie same jak przed momentem, mlecznobiałe fale, rozlewające się teraz po osłonach "Stalwarta". Dowódca platformy najwyraźniej odmawiał zaakceptowania nieuniknionego... Hertig uśmiechnął się mściwie. Ten człowiek zaraz dowie się, co to znaczy miażdżąca przewaga siły ognia...
- Sterburta, ognia!

 Dowódca artylerii przekazał rozkaz, i prawoburtowe lance z zabójczą skutecznością przystąpiły do dzieła. Pół minuty później na stacji doszło do eksplozji reaktora, i było po wszystkim.
- Zwrot przez rufę. - polecił kapitan - Panie Volandu, proszę przygotować torpedy.
- Panie kapitanie, wszystkie wrogie jednostki zostały wyeliminowane. - zameldował szef sekcji czujników

 Dowódca "Stalwarta" popatrzył na niego z niejakim zaskoczeniem. Podświadomie oczekiwał, że walka będzie trwała dłużej.
- Doskonale. Zabezpieczyć torpedy. Wejść na orbitę stacjonarną. Odwołać alarm bojowy i przejść na pogotowie. - zadysponował, po czym odwrócił się do swojego pierwszego oficera - Panie Brennan, mostek jest pański.

* * *

- Doskonale. - stwierdził Wellington - Kapitanie, zechce pan skontaktować się z pułkownikiem van Asterlingiem i przekazać, by przygotował swój regiment do desantu. Niech zajmie stolicę i przygotuje gubernatora Belissiego na moje przybycie. - wycedził z nienawiścią
- Aye aye, sir. - Aban zasalutował i wykonał w tył zwrot

 Chwilowo sam wśród zorganizowanego zamieszania, jak zawsze panującego na mostku po zakończeniu walki, Jeridan Wellington wpatrywał się w zielono-błekitną kulę Safhavi IV, zastanawiając się, jakie jeszcze kłopoty przyniesie mu ta przeklęta planeta.

* * *

 Cztery myśliwce Thunderbolt przemknęły z rykiem nad kompleksem portu kosmicznego i wykonały zwrot na zachód. W oddali, dwa Lightningi II sunęły po łuku trasy patrolowej nad obrzeżami miasta. Lotnictwo Marynarki Imperialnej otwarcie demonstrowało, kto teraz panuje w powietrzu. Aluzja do konsekwencji jakichkolwiek prób buntu na ziemi była podobnie jednoznaczna.

 Lekki lądownik typu Aquila zatoczył koło nad zgromadzonymi tłumami i zaczął powoli opadać na betonową płytę lotniska.
- Co to ma być, do diabła? - spytał Wellington, tak zaskoczony, że zapomniał o swojej wściekłości - Przecież tego zdrajcę czeka śmierć; kazałem Asterlingowi zatrzymać go, żeby nie zdążył uciec, a ten wita mnie jak bohatera wyzwoliciela, z czerwonym dywanem i wiwatującymi tłumami? Bo na pewno nie jest to pomysł Asterlinga... Pilot, ląduj natychmiast! - krzyknął w kierunku kabiny pilotów

 Ponaglony pochylił nieco maszynę do przodu, przyspieszając schodzenie, i w ostatniej chwili poderwał nos do góry, włączając pełną moc silników hamujących, i średnio delikatnie posadził maszynę na betonie lądowiska.
Wellington wstał, walnął otwartą dłonią w przycisk opuszczania rampy, obciągnął mundur i energicznie wymaszerował, nim jeszcze rampa zdążyła dobrze dotknąć ziemi.

- A gdzie orkiestra dęta? - warknął, nasadzając czapkę na głowę, po czym, nie czekając na Abana ani resztę towarzyszących mu oficerów, ruszył ku grupie ludzi stojących w dalszej części czerwonego dywanu. Po drodze starał się nie zwracać uwagi na szumiący entuzjastycznie tłum, gęsto upakowany po obu stronach przejścia utworzonego przez ozdobne, dekoracyjne barierki. Mimowolnie natomiast zauważał wbitych w purpurowe mundury Gwardzistów, wyprężonych jak kompania honorowa. A powinni przecież skoncentrować się raczej na zachowaniu czujności, byli w końcu strażą pilnującą bezpieczeństwa lojalnych Imperatorowi oficerów, dowodzących całą operacją... Chociaż, z drugiej strony, Mordianie zawsze wyglądali jak na paradzie...
Rozmyślania przerwał mu fakt dotarcia do celu. Zwolnił, a po chwili zatrzymał się, stając przed van Asterlingiem.

- Pułkowniku, co tu się dzieje? - spytał, nie dając dojść do słowa obcemu mężczyźnie w mundurze jakiegoś wysokiego oficera - Co to za ludzie? - tym razem zaszczycił spojrzeniem oniemiałego człowieka i stojący za nim tłumek
- Komandorze, to generał Darnetto, dowódca sił obrony planetarnej. - odparł Mordianin, zachowując doskonale neutralny ton - Był obecny, kiedy gubernator Belissi wydał rozkaz ataku. Wykonał...
- Moment. Gdzie - na to słowo Wellington położył szczególny akcent - jest gubernator?
- Nie żyje, komandorze. Generał wykonał natychmiastową egzekucję, gdy Belissi okazał się zdrajcą.
- O, doprawdy? - parsknął oficer Marynarki - A, jeśli łaska - zwrócił się w końcu do Darnetta - czemu nie nakazaliście wstrzymania ognia, gdy zdrada wyszła na jaw, i nie spróbowaliście odezwać do nas w tej sprawie? Walka trwała prawie pół godziny.
- Nastąpiła awaria sieci łączności, komandorze. - odparł generał z grymasem na twarzy. Nie przywykł do tak bezczelnego traktowania - Nie zdołaliśmy jej naprawić na czas. Podejrzewamy sabotaż. Niewątpliwie gubernator nie działał sam...
- Niewątpliwie... Sabotaż. A wam, cymbałom, nie przyszło do głowy skorzystać z sieci rezerwowej? A może nie macie? Pułkowniku, proszę go zabrać, przecież to zdrajca! A w dodatku niekompetentny głupiec. Tę jego klikę - Wellington wbił spojrzenie w świtę generała - też proszę uwięzić. Zdrada nigdy nie kończy się na jednym człowieku... Kapitanie Aban!
- Sir.
- Niech pan wraca na "Justice Calling" i przekaże dowódcom pozostałych regimentów rozkaz desantu. - odwrócił głowę i spojrzał w czyste, błękitne niebo - Wyzwalanie tego sektora musimy rozpocząć o jeden świat wcześniej...


Komentarze

ES
04-09-2007 - 13:02
Miód. Beczka miodu. Olbrzymia beka najprzedniejszego miodu, na mój gust. To się zowie wyczucie świata, akcji, tekstu.

Moje WIELKIE podziękowania dla Autora.
Inkq
05-09-2007 - 09:11

Zgadzam się z ESem po prostu cudo.

brother_bethor
05-09-2007 - 11:26

Świetne opowiadanie. Szkoda, że takie krótkie :)

ibsen
07-09-2007 - 08:06

Ardis ma niewątpliwie lekkie pióro i niezaprzeczalnie jego teksty czyta się dobrze. Jedynym sensownym zarzutem jaki mogę postawić jest zawieszenie powyższego mini-opowiadania w totalnej próżni. Nawet wiedząc że to miał być docelowo fluff do kampanii, troszkę mi przeszkadza że historia nie ma ani początku ani końca. A szkoda. Bo z miłą chęcią poczytał bym coś co posiada fabularne ręce i nogi, czyli przysłowiowy wstęp, rozwinięcie oraz zakończenie ;-).

Czego sobie i innym odbiorcom życzę.

ES
07-09-2007 - 08:23

A mi się to zawieszenie podoba. Tekst można by oczywiście rozwinąć, jednak moim zdaniem broni się o­n doskonale w takiej postaci, jak jest. To taki obrazek napisany w stylu, który bardzo mi odpowiada.

Morkai
10-09-2007 - 14:28

Nareszcie miałem chwilkę by na spokojnie przeczytać :) Świetne opowiadanko :) Rezcywiście pozostaje tylko mały niedosyt. Chciałoby się więcej :) Świetna robota!!

Slaw
19-09-2007 - 20:30
Jak to kiedyś ES napisał - dla takich tekstów powstala ta strona! Bardzo mi się podoba. Moje gratulacje Ardisie. Poczułem smak początku dłuższej przygody.

S.