Witaj. System subrosa rozpoznał cię jako: gość   :: wróć na stronę główną.
Online
Obecnie jest 2 gości i 0 użytkowników online.

Możesz zalogować się lub zarejestrować nowe konto.
sobota, 20 października 2007 - 11:13

Strona gotowa do druku
Pasje
No tak, w sumie Ibsen ma rację. Jakby nie było jest to strona o chłopkach. A jak do tej pory nic specjalnie o swoich chłopkach nie napisałem. Trochę z lenistwa, trochę z braku czasu a po trosze dlatego, że chłopki jawią mi się tak jakoś dość infantylnie.

Trudno o nich pisać na poważnie, chociaż nie zaprzeczę, że wielokrotnie mi się to zdarzało. Takie pisanie mi chyba najlepiej wychodzi, to już chyba takie zawodowe zboczenie. W odniesieniu do mojej armii występuje jeszcze jeden problem – sam termin „chłopki” mógłby sugerować, że jej członkiniami są przedstawicielki najniższej warstwy w systemie feudalnym, lub prościej żony albo córki chłopów. Tymczasem Sisters of Battle, bo o nich tu mowa, na takie miano, w mojej opinii nie zasługują. Można o nich mówić wiele, ale babki z dużymi gnatami to jest to.

Nachodzi mnie czasami mroczna myśl, co by na to powiedział pan Freud. Trzydziestoletni facet z żoną i dziećmi, któremu podobają się zakonnice biegające z miotaczami płomieni. Szczęśliwie mój instynkt samozachowawczy nie pozwala mi się zbytnio zagłębiać w podobną auto psychoanalizę.

A jak to się wszystko zaczęło. Ano dosyć podobnie jak u większości graczy. Pierwszymi figurkami do systemu bitewnego, jakie miałem w łapkach to Wilki do drugiej edycji Warzona. Nie pamiętam dokładnie, ale mogło to być na pierwszym roku studiów. Ibsen (tak, tak to Jego wina) pracował wtedy w Bielsku – Białej i pewnego dnia przywiózł podręcznik. Pamiętam, że wydawało mi się to niedorzeczne, żeby grać żołnierzykami, w końcu miałem komputer i gier pod dostatkiem. Podręcznik przeczytałem, nawet kilka razy (pamiętam jeszcze kilka co koszmarniejszych ilustracji) a potem dostałem od Ibsena swoje pierwsze figurki i na tym się skończyło. Nigdy w Warzona nie zagraliśmy. Trochę teraz żałuję.

Wracając do infantylności chłopków (artykuł może nie będzie szczególnie spójny, postanowiłem pofolgować sobie dygresyjnie) to jest to osobliwe zagadnienie. Jako osobnik, który określa samego siebie jako dorosłego, widzę całość jako zabawną, chociaż kiczowatą i głupawą rozrywkę. Dlatego też wpisywanie w ramy gry filozofii czy niezdrowej rywalizacji jest banalne i wywołuje u mnie odruch współczucia. Akceptuję fakt, że można mieć inne stanowisko, ale dla mnie rywalizacja o to kto zostanie boss’em Polski w posuwaniu chłopków jest typowym przykładem gry o „złote majtki”. A drugiej strony sam za swoje zarozumialstwo i tak zwany dystans daję sobie prztyczka w nos. Bo kiedy już staję przy stole i wystawiam armię to zaczynam czuć ten jaskiniowy zew – zabij, wyrwij mu serce i zjedz. Bywają bitwy, że chęć zwyciężania przeważa i dziwnym trafem zatracam się, gubię gdzieś dobrą zabawę. Szczęśliwie nie zdarza się mi to często, ale pamiętam jak kiedyś walnąłem figurkami o podłogę, bo mnie „zawiodły”. Zawsze potem jestem mocno zawstydzony. No to jak to w końcu jest z tą infantylnością? Chyba należy skapitulować przed stwierdzeniem, że chłopki, choć głupie, są fajne. I nie zagłębiać się dalej.

Po krótkim kontakcie z Warzonem miałem dłuższą przerwę w kontakcie z figurkami. Wypełniałem ją kontaktem karciankami. Jak każdy, który zachorował na karcianki, a potem z nich się wyleczył, wolę nie myśleć co bym kupił za wydaną kasę. Ale nie narzekam, w sumie to była miła przygoda.

A potem pojawił się Ibsen, upił mnie w podłej knajpie i tak zostałem szczęśliwym posiadaczem Imperium. W skrócie tak to właśnie wyglądało. Moje pierwsze figurki by GW to box 16 halabardników i Generał Najemników. Jeżeli to było na drugim roku studiów to znaczy, że mam blisko 9 letni staż w wywalaniu kasy na najdroższy plastik i cynę na świecie.

W ogóle z dużym rozrzewnieniem wspominam tamte czasy. Nigdy nie zapomnę jak zafundowaliśmy sobie podstawkę. Jak tylko ją otwarliśmy doszło do pojedynku na dywanie - pojedynczy skink kontra pojedynczy łucznik bretoński. Pamiętam też, że miałem czas na malowanie. Do WFB mam ciągle więcej pomalowanych figurek niż do w40k. Mimo tego, że od kilku lat leżą nieskładnie w pudłach. Potrafiłem pomalować całe regimenty po 16 chłopa i całkiem porządnie, z robieniem podstawek włącznie. Dzisiaj, no cóż dzisiaj nie mam na to czasu. O ile w latach studenckich problemem głównym była kasa, jaką mogę na figurki wydać o tyle dzisiaj problemem jest czas, jaki mogę im poświęcić. Jednak cholera trzeba być trochę dorosłym i pobyć z żoną i dziećmi, zająć się tym, co ma prawdziwą wartość. I nie robię tego z przymusu, nie ja wolę spędzać czas z dziećmi i moją Magdą, ale to wcale nie znaczy, że nie chciałbym mieć jeszcze czasu na malowanie. Chciałbym wygospodarować go trochę, ale nie daję rady. Ibsen napisał, że w ciągu roku pomalował jakieś 10 figurek. To i tak więcej ode mnie. Ostatnią figurką, jaką pomalowałem to zabójca Eversor. Jakieś pół roku temu. Była to z pewnością tez pierwsza figurka, którą malowałem po jakiejś półrocznej przerwie.
Notatka: 20.X.2007 r.


Strona << | 1 | 2 | >>

Komentarze

madprofesa
20-10-2007 - 11:31

Podoba mi się ten opis przebiegu kariery gracza i hobbysty, takie swoiste bitewne CV :)

Muszę przyznać, że mi ZAWSZE BARDZO zależało na wygranej i najczęściej wygrywałem ale może to dlatego, że po prostu jestem nienormalny. Tak było do niedawna, teraz ja również 'wyluzowałem', wystarcza mi jedna gra na pół roku i 'wali mie to' czy wygrywam czy nie. Niestety wcale ten proces mnie nie cieszy ale chyba taka jest kolej rzeczy. Zgadzam się również całkowici ze Slawem w kwestii przewagi fluffu nad mechaniką WH40, po pewnym czasie fluff jest jedyną rzeczą, która jeszcze trochę cieszy w tej grze choć najnowszy kodeks chaosu ciut mnie rozczarował, flufficznie i ilustracyjnie. Tak czy siak chłopki odegrały ważną rolę w moim chaotycznym życiu HOWGH.i

ibsen
22-10-2007 - 14:12

Fajny art... w sumie mógł bym go podpisać swoim nickiem... bo podobne mam przemyślenia... aczkolwiek, nie miał bym kim zastąpić osobnika którego Slaw wymienia parokrotnie, niejakiego "Ibsena Sprawcę Nieszczęść" :-) Nie dość że przyniosłem chłopki, to jeszcze byłem jedynym człowiekiem, który ze Slawem zagrał w kartonowy Kircholm, jak również mistrzował (do momentu utraty przytomności na skutek przedawkowania alko) w jedynej grze fabularnej w jaką zagrał Slaw... Nosił książki i filmy niekoniecznie fantastyczne i dość często namawiał do spożywania procentów i odbywania długich rozmów o życiu, kobietach, poezji i takich tam frędzlostwach. A pamiętasz jak żeśmy u ciebie spinali kompy? Jak twoi rodzice wyjechali na wczasy? I po trzech dniach ostrej libacji i rżnięcia w Dooma II czy innego Quake'a Twój dziadek szanowny (pozdro dla Dziadka) wpadł z dubeltówką i wypierdolił nas na zbity pysk? A pamiętasz jak wtedy biedny Krzysio w samych skarpetkach na przystanek autobusu dobiegł? A pamiętasz oglądanie "Czarnej orchidei" z wypiekami na twarzy? (do dzisiaj zastanawiam się czy bohaterka pierwszej scenki, brana na dwa baty przez jakichś kulturystów naprawdę nie miała oka... bo miała taką przepaskę jak pirat... zastanawiające)... Albo chwalenie się kto "ładniej" zdewastował jakiś model z Italieri przy użyciu emalii z humbrola? A pamiętasz pojedynki w "History Line" ? Albo pół-dniowe próby żeby przelecieć F-22 pod mostem w legendarnym "Retaliatorze"? Albo jak Tadeczek czitował jak graliśmy u Grzesia w Wolfensteina (tego pierwszego...legendarnego Wolfensteina).... Ojej...Kawał życia wspólnie żeśmy przebujali... I mam nadzieję że jeszcze troszkę pobujamy ;-).

Ardis_deLeveren
22-10-2007 - 23:42

Heh, każdy czasem potrzebuje wydać z siebie zew nostalgii i dokonać retrospekcji. Widocznie tym razem padło na Ciebie... ;) Zawsze się takie teksty miło czyta; ludzie wtedy piszą o sobie i swoich przejściach (z figurkami albo i innym ustrojstwem) z największą dawką szczerych emocji... Można im przy tej okazji w duszę zajrzeć, niejako.

Verbal
23-10-2007 - 09:48

Zaiste fajna podróż w przeszłość i choć moja droga zeszła się z duetem Ibsen-Slaw kapkę później to i bardzo podobna wcześniej była ... do dziś leży mi w szafie spory kontyngent Imperialu do Warzone i jakaś Mishima, dwie tony kart do większości systemów karcianych jakie można było nabyć w tym kraju czy też kupa podręczników do róznych systemów RPG o grach komputerowych nie wspominając. Fajnie tak jest sobie na to wszystko popatrzeć albo zagrać jakąś grę dziką w MtG kartami z czasów 3rd edition i Wrath cycle ... albo i wcześniejszymi, albo zagrać w Kult, albo zwyczajnie powspominać. Prawdą jest, że nasze pasje zajmują nam już mniej czasu, wyparte przez życie zwyczajnie, albo lenistwo (bo przeca łatwiej wypić bronka przed TV niż targać przez całe miasto dwie skrzynki z chłopkami), szczerze mówiąc kapkę mi tego brakuje from time to time :). Fajnie jednak, że jest jednak choćby ta krótka chwila powrotu do "starego", albo to, że pomimo zmian ciągle potrafimy się znaleźć w tym samym miejscu i czasie i kapkę powiększonej grupie ;), żeby odprawić rytuał oczyszczenia z powagi i naładować baterki na kolejne miesiące oczekiwania na jedną z dwóch gier w roku :). Fajnie że potrafimy ciągle znaleźć w sobie tego małego świra, który powoduje, że z wycieczki do miasta smoka wawelskiego lądujemy w opuszczonej bazie wojsk rakietowych i z wypiekami na twarzy próbujemy się "pozabijać" ;). Dlatego też kolego Ibsenie chciałbym Panu przypomnieć, że nie jest Pan sprawcą wszystkich dziwnych akcji, bo chyba każdy z nas zarażał drugiego jakimś czymś niezbyt normalnym ;) (40K to w końcu moja zasługa ;) - jakby co to się nadymam ;) )

Morkai
23-10-2007 - 14:11

Nu. Musze przyznać, że inaczej postrzegam to hobby niż Slaw :) Choć początki mielismy bardzo podobne. Także w moim życiu było to co w zasadzie było wtedy w POlsce - jakieś tam planszówki, karcianki i potem bitewniaki - WHFB, dopiero potem 40ka. Niemniej - mimo, że to jest oczywiście hobby sporo oddalone od powagi, to jednak na pewno w moim artykule nie użyłbym tylu odmian przymiotnika "INFANTYLNY". Jest to luzackie hobby, do którego trudno podchodzić na poważnie, niemniej to dzieki niemu mam fajny kontakt z językiem angielskim, czytam książki z BL po angielsku, czego bym pewnie nie robił, gdyby mnie to nie interesowało.... Nie mieszałbym do tego też żony, dzieci i rodziny, bo to kompletnie insza inszość. Jest czas na hobby i jest czas na rzeczy inne - choć coraz częściej mój synal zagląda do moich pudeł i był już ze mną na zeszłomiesięcznym turnieju w Bardzie :) Ważne by sobie wszystko godzić i się nie zmuszać do niczego. osobiście nie bawiłbym się w coś co nazywam infantylne. Może to nie jest szczyt intelektualny. ....zasady to nie wiersze W.J. von Goethe`go w oryginale.... ale qrde jakoś mi pasuje Rollin` Stones - It` o­nly Rock n` Roll but I like it :D

Verbal
23-10-2007 - 14:17

Co prawda to prawda :) dlatego też nie użyłem za Sławkiem tego słowa. Zgadzam się z Sebą, że poważne to nie jest, bliższe jest mi słowo szalone patrząc na moje skoki fazy ale na bank nie infantylne. Jasne, że maks serio traktowanie tego hobby nie jest wskazane ale jakieś szczególne jego upadlanie również :). Ot pasja jak każda inna.